Grał punk rocka, pływał z monopłetwą, teraz pomaga dzieciom
Gazeta Wyborcza Jacek Harłukowicz

daniel_gazeta_wyborcza

 

Tworząc na początku lat 90. ekipę Punks Brigade Banditen i kapelę Działon Punk, Daniel stał się legendą wrocławskiego undergroundu. Choć jego mit jako załoganta wciąż żyje, niewiele osób wie, że od kilku lat ma inne hobby. Wymyślił sobie, że za wszelką cenę nauczy pływać niepełnosprawne dzieci z Jaszkotla, z których część nigdy nawet nie chodziła


Od małolata zadziorny i bezkompromisowy, w latach 90., kiedy miasto stało się mekką naziskinów, zawsze był gotowy stanąć z nimi do walki. To on powołał do życia legendarną punkową załogę PBB siejącą strach nie tylko wśród łysogłowych wielbicieli Adolfa Hitlera, ale i innych ekip, dla których punk oznaczał raczej wąchanie kleju niż walkę z systemem. Kilkudziesięcioosobowa grupa zbierająca się w barze Zbyszko na pl. Grunwaldzkim wiedziała, że we Wrocławiu trwa walka. I albo faszyści, albo oni. Jako jedni z nielicznych nie bali się zakłócać koncertów nazistowskich kapel czy wpadać na nacjonalistyczne demonstracje, by obśmiewać ich uczestników. Daniel Giełda - to nazwisko, które przybrał po żonie, wcześniej nazywał się Miszkurka i tak do dziś mówią do niego koledzy - zawsze stał w pierwszym szeregu.

Dziś ma 38 lat, żonę, którą została ta sama Gośka, która towarzyszyła mu przez wszystkie punkowe lata, i dwie córki.

Z ogoloną na krótko głową, lekkim zarostem i w sportowej kurtce przypomina raczej zwykłego, zbliżającego się do czterdziestki obywatela skoncentrowanego na własnym losie niż podtatusiałą legendę punk rocka. O burzliwej przeszłości świadczą co najwyżej bordowe martensy na nogach i pozostałe na całym ciele liczne tatuaże. Nie wydziera się już w zespole Działon Punk, znanym głównie z tego, że jego członkowie stylizowali się na bohaterów Mechanicznej Pomarańczy z filmu Stanleya Kubricka, zagrali kilka koncertów i nie zostawili po sobie żadnych nagrań. To już nie te czasy...

Spotka się czasem na piwie czy koncercie ze starymi kumplami, ale po paru kuflach rozchodzą się grzecznie do domów. Wiadomo: rodzina, dzieci, człowiek ma na głowie poważniejsze sprawy niż ganianki za skinami.

Punks not dead w kasie chorych

Prócz punk rocka Daniel od dziecka miał drugą pasję - pływanie. Od połowy lat 80. był zawodnikiem wrocławskiego klubu Castor. W pływaniu z tzw. monopłetwą był nawet mistrzem i wicemistrzem Polski juniorów.

- Potem jednak postanowiłem na całego poświęcić się punk rockowi, a ta zabawa niezbyt dobrze łączyła się z wyczynowym uprawianiem sportu - wspomina dzisiaj ze śmiechem.

Miłość do pływania przetrwała nawet punk rock i w roku 1999 Daniel wrócił na pływalnię. Bo sport dawał mu wytchnienie od szarzyzny dorosłego życia, w którym liczyła się forsa. Lata leciały, a on, by utrzymać rodzinę, musiał zatrudnić się jako urzędnik w Dolnośląskiej Kasie Chorych. Tam też dopadła go burzliwa przeszłość.

Daniel: - Któregoś dnia, idąc korytarzem w pracy, natknąłem się na byłego naziskina. Elegancko ubrany, w garniturze, z teczką, rozpoznał mnie, mówi: "Ty jesteś Miszkurka, co tu robisz?". Ja też go rozpoznałem, mówię, że pracuję. On na to, że już niedługo, bo teraz on będzie tu dyrektorem i brudas nie będzie u niego pracował. Ja przetrwałem, on wyleciał.

Kasa chorych to była orka. Dla punkowca i niespokojnej duszy przerzucanie papierków i stukanie w komputer nie było spełnieniem marzeń.

- W końcu stwierdziłem, że tego dłużej nie wytrzymam - opowiada. - Zadałem sobie pytanie: "Co pan chce w życiu robić, panie Miszkurka? I co potrafi pan robić najlepiej?". Odpowiedź była prosta: pływać i nurkować.

Nie od razu jednak udało mu się połączyć przyjemne z pożytecznym. Wykonując pierwszy krok, zatrudnił się w sklepie ze sprzętem do nurkowania. Ale żeby móc w nim pracować, musiał zarejestrować działalność gospodarczą. To był przełom. Bo jak już miał firmę, to po co pracować na kogoś?

W 2003 roku zakłada razem z Gośką Akademię Nurkowania "Submariner". Pracuje jeszcze w sklepie, ale rusza z pierwszymi kursami, interes się rozkręca. Wtedy poznaje Julkę, ośmioletnią dziewczynkę chorą na zanik mięśni. Dziewczynka nie chodzi, na stałe jest przykuta do wózka. Rodzice co kilka dni przywożą ją na rehabilitację do ośrodka znajdującego się obok sklepu, w którym pracuje Daniel.

Daniel: - Notorycznie ktoś zajmował miejsce przeznaczone dla inwalidy i nie mieli gdzie zaparkować. Parę razy pogoniłem stamtąd kierowców, kiedyś nawet zatknąłem za wycieraczką kartkę z tekstem: "Zamień się z nimi, chuju, na życie, jak tak bardzo pragniesz być na ich miejscu". Poskutkowało. A potem jakoś tak wyszło, że się poznaliśmy.

Sylwia, mama Julki: - To był przypadek. Weszliśmy do sklepu, w którym pracował, bo Julka, która właśnie zaczynała pływać w dmuchanym kole, zażyczyła sobie okularów. Od razu złapali ze sobą kontakt, a Daniel z miejsca zaprosił nas na prowadzone przez siebie zajęcia. Julka chodziła tam prawie dwa lata. Mała ma unieruchomione kończyny górne, nigdy nie marzyłam nawet, że kiedyś będzie mogła pływać, a teraz radzi sobie doskonale bez ich udziału. To Daniel i jego ekipa ją tego nauczyli.

Adrenalina zamiast chuliganki

W 2006 roku Submariner działa już na wysokich obrotach. Daniel uczy dzieci, w zależności od wieku dzieląc je na trzy grupy: kijanki, żabki i rekinki. Biznes rozkręca, opierając się na grupie przyjaciół, często z punkowych czasów. Dziś nikt już nie pamięta, jak to było, że ktoś wpadł na pomysł, by pomóc niepełnosprawnym dzieciakom, ale historia z Julką na pewno nie była bez znaczenia.

- W pewnym momencie życia kończy się chuliganka i trzeba znaleźć sobie inne zajęcie dostarczające adrenaliny - śmieje się Grzesiek Sadło, kumpel Daniela jeszcze z podwórka. Ich drogi w pewnym momencie rozeszły się, bo Grzesiek przeżył moment fascynacji subkulturą skinheadów, ale zawrócił z tej drogi i dziś jest jednym ze współpracowników Daniela. - Mówiąc poważnie, wiele osób, które kiedyś rozrabiały, dziś zajmuje się pomocą innym. I nie chodzi tu o jakieś odkupienie win z przeszłości. Po prostu wraz z założeniem rodziny otwiera się przed człowiekiem nowy świat, przestajesz dbać o siebie, a zaczynasz o innych.

Nurkowie i instruktorzy z Submarinera powołują do życia nieformalną Grupę Przyjaciół Dobrej Woli. Jako jej przedstawiciel Daniel jedzie do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Jaszkotlu. To specyficzny ośrodek. Przebywające w nim dzieci cierpią na kilka niepełnosprawności naraz: porażenie mózgowe, zanik mięśni, zespół Downa, często również poalkoholowy zespół FAS. Większość z nich to sieroty lub dzieci, których rodzice zostali pozbawieni praw do opieki nad nimi.

Na spotkaniu z dyrektorką ośrodka Daniel jak zwykle w życiu wali prosto z mostu: - Dla tej kobiety to musiał być niezły szok - wchodzi łysy i wytatuowany facet i bez wstępu i żadnych pełnomocnictw proponuje, że razem z przyjaciółmi nieodpłatnie zorganizuje dla tych dzieciaków zabawę mikołajkową w basenie.

Takie już ma szczęście w życiu, że trafia na ludzi wyrozumiałych. Tatuaże nie wzbudzają niechęci i pierwsza nić porozumienia zostaje zawiązana.

Nie musiał nas długo przekonywać - wspomina Halina Frodyma, dyrektorka ośrodka w Jaszkotlu. - Szybko okazało się, że pomimo specyficznej powierzchowności to ludzie godni zaufania, z dużą pasją i autentyczną chęcią pomocy. Dzieciaki ich zaakceptowały. I kiedy teraz zbliżają się święta Bożego Narodzenia to tak, jak dorośli czekają na Wigilię, tak one wyczekują wyprawy na basen z panem Danielem.

Dzieci tuż przed zbliżającym się spotkaniem z Danielem śpią z płetwami.

Do tej pory Grupa Przyjaciół Dobrej Woli zorganizowała maluchom z Jaszkotla imprezę mikołajkową w 2006 roku i karnawałową w 2008 roku. Za każdym razem odbywają się one na basenie Szkoły Podstawowej nr 72. Udostępnienie jej bezpłatnie dla chorych dzieciaków też osobiście wychodził Daniel.

- Można powiedzieć, że entuzjasta trafił na entuzjastę. Po prostu zadziałała między nami jakaś pozytywna chemia - mówi Bogumiła Kopacka-Gajec, dyrektorka SP nr 72. - On ma taką charyzmę, że zaraża nią wszystkich dookoła, a jego akumulatory nigdy się nie wyczerpują.

Pamięci Drzazgi

W grudniu 2009 roku Grupa Przyjaciół Dobrej Woli po raz pierwszy organizuje mikołajki pod nowym szyldem, już jako oficjalnie zarejestrowana Fundacja Pomocy, Rozwoju i Edukacji "Drzazga". Jej nazwa nie jest przypadkowa. Drzazga to druga obok Daniela słynna postać wrocławskiej kontrkultury z PBB, jego wielki przyjaciel, który zmarł tragicznie 15 lat temu.

Na imprezie gościli przedstawiciele samorządu Wrocławia, prezydent Rafał Dutkiewicz dał patronat, pomógł też Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Ale za soki, zorganizowanie mikołaja, słodycze i zabawki do paczek trzeba było zapłacić, więc organizatorzy zrobili wśród siebie regularną ściepę. Finansowo pomógł też radny Michał Bobowiec, którego dzieci uczą się w Submarinerze nurkować. A obecny na imprezie dyrektor Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Wrocławia nie chciał wierzyć, że całość kosztowała raptem 1 tys. zł. Prezenty do paczek załatwili sponsorzy, których wychodzili Daniel z Gosią, a przy organizacji pomogli znajomi i rodzice dzieci, które uczą się w ich szkole nurkowania. Na koniec, znów wśród znajomych, Giełdowie zorganizowali zbiórkę niepotrzebnych książek i gier planszowych, które też trafiły do Jaszkotla. Nikt nie odmówił im pomocy.

Gosia: - Ale to wyjątki, bo, niestety, w naszym kraju osoby niepełnosprawne wciąż budzą strach. I to kolejny walor tych imprez, bo korzystają z nich nie tylko te chore dzieciaki, ale tak samo wiele, jak one czerpią z nich radości, tyle nauki pobieramy my i nasi współpracownicy.

Gośka wspomina, że przed jedną z imprez musiała przekonywać nawet własnego 75-letniego ojca, który stwierdził któregoś razu, że to niezbyt dobrze, by córki jej i Daniela miały kontakt z chorymi dziećmi.

- A one pomagały nam od początku - podkreśla.

Ośmioletnia Ola i 13-letnia Karolina w tym roku zadebiutowały jako oficjalne koordynatorki imprezy. Młodsza pękała z dumy, że jest taką ważną osobistością.

W tym roku na głęboką wodę - i to wcale nie tę w basenie - został rzucony jeden ze znajomych Giełdów. Przyszedł pomagać organizacyjnie, porozstawiać stoliki, podawać soki, a skończył w basenie jako opiekun ciężko sparaliżowanej dziewczynki. Lęk przed nieznanym zniknął.

Kosmos, chłopie, kosmos!


Zarażonej entuzjazmem dyrektorce Bogumile Kopackiej-Gajec z SP nr 72 organizowanie imprezy dla dzieciaków z Jaszkotla tylko w raz do roku już nie wystarcza. Choć na razie nie mówiła o tym Danielowi, marzy jej się, by ściągać je do siebie do szkoły raz w miesiącu. Daniela i Gośki zapewne nie trzeba będzie długo namawiać. Bo oni już snują plany rozwoju swojej świeżo powołanej fundacji.

Gośka: - Zaczynamy od dzieciaków z Jaszkotla, ale nie chcemy się do nich ograniczać. Chcemy działać szerzej, wyciągnąć rękę do wszystkich osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej.

Daniel jak zwykle nie owija w bawełnę: - Powiedzmy sobie szczerze: ja jestem sierotą, Gosia ma tylko ojca. Prawie przez całe życie musieliśmy sobie radzić zupełnie sami. Dlatego znamy życie z różnych stron: jako bardzo młody człowiek dostawałem 500 zł renty, 350 zł płaciłem za mieszkanie. Zostawało mi 150 i potrafiłem wszystko wydać na wino z myślą, że jakoś to potem będzie. A bywało różnie i gdybyśmy nie trafili z Gosią na siebie, to pewnie dawno bym się stoczył albo w ogóle by mnie nie było.

- Skąd ten power do działania? Przecież macie swoją pracę, własne dzieci, hobby. Spłacacie życiu dług? - pytam, a oni patrzą po sobie i wybuchają śmiechem.

- Wyobrażałeś sobie, chłopie, czym jest kosmos? - odpowiada pytaniem Daniel i zaraz wyjaśnia: - To przestrzeń, wyzwolenie od materii, brak jakichkolwiek ograniczeń. Wyobraź sobie teraz dziecko, które przez całe życie siłą ziemskiej grawitacji przytwierdzone jest do wózka inwalidzkiego. Kiedy je zabieram do wody, grawitacja przestaje działać. Ten mały, zamknięty w sobie człowiek staje się kimś zupełnie innym. Radość tych dzieciaków to dowód na to, że w świecie, w którym każdy goni tylko za forsą, jest jeszcze prawdziwa radość życia. Jak chcesz ją zobaczyć, to przyjdź kiedyś na naszą imprezę.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław

 

Do naszej załogi instruktorów Submarinera, nurków z Klubu Submarinera oraz przyjaciół!

 

Dziękujemy Wam z całego serca za pomoc i wszystko co dla nas zrobilście aby nasza Akademia Nurkowania Submariner oraz  Fundacja Drzazga mogła powstać i realizować swoje cele.

 

Kochani!!! Największy ukłon i podziękowania nalężą się Wam, bo gdyby nie Wy, nigdy byśmy nie osiagneli tego co mamy!

 

Szacun wielki!

Daniel i Małgorzata Giełda

 


Artykuł w Słowie Sportowym

 

Słowo Sportowe 46/2010 red. Bartłomiej Czekański

Wrocławscy nurkowie i sambiści niosą radość i pomoc niepełnosprawnym dzieciom

 IMG_0042

Święty Mikołaj pod wodą!

Mamy teraz szpan, a nawet boom na nurkowanie. Niektórzy pod wodą spędzają nawet Sylwestra. Np. w Egipcie. Jednocześnie nurkowie z wrocławskiego klubu Submariner i fundacji „Drzazga” z potrzeby serca niosą radość dzieciom, także tym pokrzywdzonym przez los. Do pomocy wciągnęli nawet specjalistę od... bojowego sambo i MMA Goczę Beżaniszwiliego!

Jest we Wrocławiu nieformalna grupa nurków i pływaków skupiona w równie nieformalnym klubie „Submariner”, która założyła - już zupełnie formalną - Fundację Rozwoju, Edukacji i Pomocy „Drzazga”. Jej prezesem został Daniel Giełda, właściciel sklepu ze sprzętem dla nurków oraz pływaków, będącego częścią "Centrum Wody i Przygody Submariner.pl". Okazuje się, że to złoci ludzie z wielkimi sercami.

 

DANIEL GIEŁDA: - Wraz z grupą przyjaciół bawiliśmy się w to swoje nurkowanie i pływanie, mówię Wam to świetna sprawa, ale z wewnętrznej potrzeby chcieliśmy też coś zrobić i dla innych. Zaczęliśmy od uruchomienia dziecięcych szkółek pływackich, z elementami nurkowania dla uatrakcyjnienia zajęć na basenie przy ul Teatralnej i przy Racławickiej. Młodzież jest tam podzielona na grupy: Kijanki, Żabki, Delfinki i Rekinki. W sumie 60 adeptów. Włączyliśmy w to ćwiczenia z dziećmi niepełnosprawnymi. Z przykurczami czy zanikiem mięśni, zespołem Downa itd. Każdym takim dzieckiem zajmuje się nasz instruktor. Mamy specjalistów od fizjoterapii, są i pracownicy firm ortopedycznych. Była u nas dziewczynka, która jeździła na wózku inwalidzkim. Z powodu zaniku mięśni już nie za bardzo mogła ruszać rękoma i nogami. A u nas w dwa lata nauczyła się samodzielnie pływać „wężem”, podnosić głowę znad wody i oddychać. Przy pomocy instruktora pływał u nas Dawidek, który mógł ruszać jedynie głową. Dzieci te rozjechały się na operacje i rehabilitacje, więc teraz na nowo budujemy grupę dla młodzieży niepełnosprawnej. Od czterech lat zabieramy takie dzieci z ośrodka w Jaszkotlu, prowadzonego przez przez siostry zakonne, na... podwodnego Mikołaja! Tworzy się przy tym łańcuch ludzi dobrej woli. Dyrekcja ośrodka nam ufa i powierza na ten dzień swoich wychowanków, natomiast szefostwo Sportowej Szkoły Podstawowej nr 72 we Wrocławiu przy ul. Trwałej na taką sobotę oddaje nam do dyspozycji nie tylko swój piękny basen, ale i salę gimnastyczną, korytarze. Nauczyciele i uczniowie są wolontariuszami i pomagają nam w organizacji tego przedsięwzięcia. Sponsorzy przygotowują poczęstunek i paczki dla ponad dwudziestka dzieci w wieku 6-13 lat. Np. w 2006 roku urząd marszałkowski podarował im po wymarzonej MP-3! Ależ to była frajda. Ostatnio święty Mikołaj wypuścił spod wody ponad sto balonów. Taka to była ta szalona impreza w basenie. W tym roku 4 grudnia w gościnnej SP nr 72 planowaliśmy, poza tak ulubioną przez naszych milusińskich zabawą w wodzie, zorganizować dla nich koncerty, „jazdę” na symulatorach samochodowych, pokazy sztuk walki, m.in. sambo oraz wiele innych atrakcji. Wiemy jak bardzo te dzieci co roku czekają na ten jeden dzień. Niektóre śpią nawet z płetwami! Pierwszy raz mieliśmy dostać dofinansowanie z miasta, gdyż nasza impreza tym razem miała być częścią Międzynarodowego Dnia Niepełnosprawnych. Niestety, nagle z organizacji owego „Dnia” (a tak naprawdę, to trzech dni) wycofało się Dolnośląskie Forum Integracyjne i wszyscy zostaliśmy na lodzie. To niepoważne i nieodpowiedzialne ! Ale my swoich dzieci - tych zdrowych i tych niepełnosprawnych, bo to ma być integracja - na lodzie nie zostawimy. Najwyżej zrobimy coś taniej, lecz zrobimy. Największym problemem będzie przygotowanie mikołajowych paczek, ewentualnie mógłby ktoś nam pomóc także przy zorganizowaniu poczęstunku: herbata, ciasteczka itp. Zapraszam do współpracy, a nawet o gorąco prosimy o wsparcie. Kontakt do mnie: daniel@submariner.p Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. l.

Nawet Państwo nie wiecie, jak te dzieci szaleją w wodzie i jak są tego dnia szczęśliwe! Są dumne, że tak sobie świetne radzą w basenie. Sport bowiem to najlepsza rehabilitacja i terapia - kończy Daniel Giełda.

Życzliwość jest pragnieniem szczęścia drugich” - Tolmann Pesch.

Sambo dla niepełnosprawnych

Gocza Beżaniszwili da mikołajkowy pokaz sztuki walki sambo dla dzieci niepełnosprawnych. Dostał też już propozycję stałej opieki nad nimi w ośrodku w Rawiczu. - Będę je uczył, jak sobie mają radzić ze swoimi problemami. Każde indywidualnie w zależności od jego fizycznych możliwości. To będzie sympatyczna zabawa na bazie sambo: pady, rzuty, dźwignie, przewracanki, a przede wszystkim podbudowa psychiczna tych dzieci - wyjaśnia Gocza.

 


twk

 

u_m_ patronat 2008

 

 

 

u_m_ wrocaw podzikowania dla submarinera

 

 

jaszkotle